Fanpage

Zapraszam na fanpage wspólnoty 'W Imię Jezusa'

środa, 20 września 2017

Maruda

Po odejściu wysłanników Jana Chrzciciela Jezus powiedział do tłumów: „Z kim więc mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają jedne drugim: «Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali». Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: «Zły duch go opętał». Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: «Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników». A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność”.
Marudząca, wiecznie niezadowolona przekora jest dosyć groźną przeciwniczką dzieci światłości. Od pierwszego nieposłuszeństwa Adama i Ewy wciąż pojawia się w nas pokusa: by być jak Bóg. Człowiek tworzy sobie swoje scenariusze życia. Swoje wyobrażenia czyni jedyną słuszną rzeczywistością. A ponieważ ludzkie poznanie jest ograniczone, bywa też zawodne. Stąd o krok już od ciągłego niezadowolenia, że miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze. A odpowiedzialnością za przeżywane porażki i niepowodzenia, najczęściej obarczany jest sam Pan Bóg. Narzekanie, marudzenie to skuteczny pancerz broniący dostępu łasce. Wiecznie niezadowolony może być tylko człowiek tego świata, skupiony na sobie i stawiający siebie w centrum świata. A w takiej wizji nie ma miejsca dla Boga. Mądrość Bożą są w stanie pojąć i uznać za prawdziwą tylko ci, którzy chcą stawać się jej dziećmi, to znaczy ci, którzy w swoim życiu poddają się działaniu Bożej mądrości w swych myślach, w swych czynach, w całym sposobie swego życia. Dar mądrości pozwala człowiekowi stanąć w prawdzie o sobie i w prawdzie o tym świecie. A prawdą jest, że Bóg jest Panem tego świata, że to od Niego pochodzimy i do Niego zmierzamy. Przyjęcie tej prawdy pozwala doświadczać troskliwej i czułej obecności Boga w naszym życiu. Pozwala nam skutecznie przeciwstawiać się pokusie stawiania siebie w miejsce Boga. Tylko dzieci mądrości mogą przyznać jej słuszność, to znaczy mogą owocnie współpracować z łaską, wypełniając Boży plan zbawienia '+' ks. Adam

wtorek, 19 września 2017

Środek zaradczy

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego - jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar - a ci, którzy je nieśli, stanęli - i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.
Pewnie nie raz było w nas pragnienie powtórzenia przez Jezusa cudu z dzisiejszej Ewangelii. Stając przy trumnie kogoś bliskiego, myśląc o własnej śmierci, doświadczamy swoistej niepewności jutra, a może i lęku przed końcem. Śmierć nigdy nie będzie łatwym doświadczeniem, nawet dla wierzących. Świadomość, że oto tu na ziemi definitywnie została zamknięta księga życia kogoś bliskiego bywa czasem nie do zniesienia. Tęsknota, ból po stracie wydają się być ponad naszą ludzką miarę. Wiemy, że i Pan Jezus zapłakał nad grobem swego przyjaciela Łazarza. Paradoksalnie więc brzmią słowa papieża Benedykta XVI z encykliki o nadziei chrześcijańskiej: Kontynuować życie na wieczność – bez końca, jawi się bardziej jako wyrok niż dar. Oczywiście chciałoby się odsunąć śmierć jak najdalej. Ale żyć zawsze, bez końca – to w sumie może być tylko nudne i ostatecznie nie do zniesienia. Jest to dokładnie to, o czym na przykład mówi Ojciec Kościoła Ambroży w przemówieniu z okazji pogrzebu swego brata Satyra: «To prawda, że śmierć nie należała do natury; Bóg bowiem od początku nie ustanowił śmierci, ale dał ją jako środek zaradczy [...]. Z powodu wykroczenia życie ludzkie stało się nędzne, upływało w codziennym trudzie i nieznośnym płaczu. Trzeba było położyć kres złu, aby śmierć przywróciła to, co utraciło życie. Nieśmiertelność jest raczej ciężarem niż korzyścią, jeżeli nie rozświetla jej łaska». Wskrzeszenie młodzieńca z Nain to znak zwycięstwa Boga nad śmiercią, potwierdzenie, że śmierci Bóg nie uczynił, że ona weszła na świat przez zawiść diabła, ale to także zapewnienie, że nie musimy się bać śmierci, nie musimy przed nią uciekać, bo ostatecznie jest ona środkiem zaradczym. Śmierć, rozświetlona łaską, nadal jest czymś trudnym, bolesnym,  ale nie musi już być bezsensowna, nie musi być karą. Bóg naprawdę nawiedził swój lud i dlatego możemy żyć w Nim na wieki '+' ks. Adam

poniedziałek, 18 września 2017

Ból straty Jezusa

Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.
W pewien sposób cała ta sytuacja wydarzyła się dla naszego pouczenia. Jest to dla nas bardzo ważna lekcja: Jezusa można zgubić. Nieszczęście to może przydarzyć się każdemu, tak jak się to stało przypadku Maryi i Józefa. Zgubienie Jezusa w swoim życiu nie jest zarezerwowane, jak często jesteśmy skłonni myśleć, jedynie dla zatwardziałych grzeszników, dla tych, którzy przypominają sobie o Bogu od wielkiego święta, przy różnych okazjach, ale może przydarzyć się każdemu. Można zgubić Jezusa także przez drobne niewierności, nawet przez krótkie odwrócenie wzroku od Jezusa. Może to nastąpić nagle, przez grzech; częściej jednak zdarza się to stopniowo, prawie niedostrzegalnie, a jak uczy św. Tomasz a Kempis „Kto gardzi rzeczami drobnymi, powoli w poważne upada”. Na szczęście zaginionego Jezusa można odnaleźć i trzeba dokładać starań, by tak jak Maryja szukać zaginionego Jezusa i to szukać Go z bólem serca. Zagubienie Jezusa było dla Maryi bólem serca. Zguba Jezusa sprawia ból serca, powinna boleć. I można powiedzieć, że dobrze, gdy utrata Jezusa rodzi w nas ból, gdy człowiek umie zapłakać z powodu zagubienia Jezusa, gdy boli go strata Boga. Bo taki ból jest dla człowieka uzdrowieniem. Taki ból jest dla nas sygnałem do większej gorliwości w sprawach Pana, do większej czujności. Taki ból może stać się dla człowieka szansą. Źle jest, gdy człowiek nie czuje w sobie tęsknoty za Bogiem, gdy nie ma w sobie głodu Boga, gdy przyzwyczaja się do życia średniego, letniego, gdy powtarza sobie złudnie: „Jeszcze nie jest tak źle, inni są gorsi”. Wraz z Jezusem warto dziś z całą mocą wyznać, że mamy być w tym, co należy do naszego Ojca, bo jak powiedział św. Augustyn: Jeżeli w naszym życiu Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystkie inne sprawy będą na właściwym miejscu”. Z błogosławieństwem '+' ks. Adam

niedziela, 17 września 2017

Bądź gotów

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu.
Może nas nieco śmieszyć piotrowe pytanie: ile razy mam przebaczać? Ale czy rzeczywiście takie minimalistyczne myślenie jest nam zupełnie obce? To pytanie jest odmieniane przez różne przypadki na płaszczyźnie wiary i powraca do nas jak bumerang: ile czasu trzeba się modlić? jak często mam się spowiadać? Ile nowenn odmówić? Ile dobrych uczynków trzeba spełnić? Ile razy? By Bóg był wreszcie ze mnie zadowolony. Jest to typowe myślenie niewolnika, który musi zrobić tylko tyle, ile musi, ile mu nakazano, by zadowolić swego pana i by nie zasłużyć na karę. A przecież ku wolności wyswobodził nas Chrystus. Dojrzałe przyjęcie daru wiary, domaga się wolnego przyjęcia odpowiedzialności za ten dar. Bóg nie staje przy nas z liczydłem w ręku, by pod koniec miesiąca dokonać bilansu postępowania: jedna zdrowaśka za jedno kłamstwo, jedno przebaczenie za jedną zdradę, byle chociaż wyjść na zero. I nic dziwnego, że taka wiara zaczyna człowiekowi ciążyć, że choć niby wykonane jest niezbędne minimum, to brakuje radości wiary. Nie o rozliczanie chodzi Panu Bogu, ale o miłość, która przeniknie nasze życie, i nasze relacje z innymi. Tu na ziemi zawsze będą w nas napięcia, będziemy doświadczać różnych krzywd, pojawią się rany i my sami pewnie nie raz kogoś zranimy. I nie jest to największy problem, bo przecież mamy świadomość ułomności naszej natury, zranionej grzechem pierworodnym. Problem zaczyna się wtedy, gdy naiwnie czekamy na zagojenie się ran, wciąż je rozdrapując. Siedemdziesiąt siedem razy. Zawsze bądź gotów na przyjęcie Bożego miłosierdzia, by tym miłosierdziem otoczyć innych. Pan Jezus powiedział do św. s. Faustyny: Nie za pomyślny wynik nagradzam, ale za cierpliwość i trud dla Mnie podjęty. Podejmij wytrwały wysiłek pójścia drogą wiary, podejmij go ze względu na Pana '+' ks. Adam

sobota, 16 września 2017

Wyczekany owoc

Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc. Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta. Czemu to wzywacie Mnie: Panie, Panie, a nie czynicie tego, co mówię? Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom, ale nie zdołał go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany. Lecz ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki.
Kluczowym pytaniem wynikającym z dzisiejszej Ewangelii nie jest pytanie o to, jakim drzewem jestem, jakie owoce przynoszę. O wiele ważniejsze jest pytanie o to, o jaki owoc zabiegam, jakiego owocu oczekuję. Wydawać by się mogło, że dobrym owocem ma być przede wszystkim dobre życie człowieka. I z resztą pod tym kątem najczęściej formułujemy swoje pragnienia: by stawać się lepszym, by nie grzeszyć, by osiągać życiową doskonałość. Tymczasem Ewangelia podpowiada, że nie chodzi o samą budowlę, ale o fundament, na którym jest ona stawiana. Często czynimy owocem dobrze, rzec by można poprawnie przeżywane człowieczeństwo, ale czy rzeczywiście do tego jesteśmy powołani? Bóg mówi: świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty. Świętość bez Boga nie istnieje. Pierwszym owocem naszego życia ma być zatem sam Pan Bóg, Jego bliskość, otwarcie się na Jego miłość. Na tym polega też budowanie na skale. Człowiek świadomy tego, że jest kochany przez Boga, mocą tej miłości zniesie różne wichry i nawałnice, które z pewnością nadejdą. I taki człowiek, jak dobre drzewo, wyda dobre owoce. Skupienie się na samej tylko poprawności życia, na zgodności z wymogami religii to ewangeliczny piasek, budowla bez fundamentu, która choćby była piękna i majestatyczna, runie z hukiem przy uderzeniu pierwszej fali potoku. Św. Maria od Jezusa Ukrzyżowanego mówiła: Szukajcie samego Boga. Nasze plany, wyobrażenia, pragnienia mają sens tylko w Bogu, bo tylko w Bogu jest nasze zbawienie. Jedynym owocem, utęsknionym i oczekiwanym ma stawać się dla nas Jezus Chrystus, którego będziemy potrafili nie tylko nazwać Panem, ale i potwierdzić to swoim życiem '+' ks. Adam
Free Contact Form